Jesienne skarby

Zawitała znowu jesień. Momentami kolorowa, momentami dżdżysta. Czasem wietrzna ale przede wszystkim obfitująca w skarby. Uruchomił mi się instynkt zbieracza. Na wszystkie spacery zabieram wiaderko. Do wiaderka wpadają liście, żołędzie i kamyczki. Ostatnio Mniejsza Mała znalazła rydza. Idąc jej tropem zebrałam kolejne dziesięć grzybów. W większości robaczywych, ale przecież nie chodzi o to, żeby jeść tylko o to, żeby zbierać. Po drodze z placu zabaw do parku mijamy dom, przed którym 80-letnia, miła pani, wystawia warzywa i owoce zebrane na swojej działce. Ostatnio naszym faworytem są świeże orzechy laskowe i na wpół zeżarte przez robala jabłuszka, które nadają się wyłącznie do pieczenia ciast. Kiedy Mniejsze Małe wracają obładowane jesiennymi plonami, mój wewnętrzny kolekcjoner tańczy z radości.

Ten weekend był wyjątkowo produktywny. Zebrane podczas sobotniego spaceru po ‘akorn trail’ żołędzie, zamieniły się przy pomocy otwieracza do wina i zapałek (i maminych rąk) w zwierzęcą ferajnę. Mniejsza Mała bawiła się jelonkiem, Najmniejsza Mała konikiem i żyrafą. Dołączył do nich włóczykij, robot i kilku innych wesołych żołędziowych gości. Dziś zabawy kreatywne zapewniła nam parchata dynia, która teraz szczerzy kły i błyska złowrogo okiem.

Najwięcej frajdy zapewniła jednak tarnina. Polowałam na nią od dwóch tygodni. W Wildlife Reserve głupio było mi ją zbierać bo tam ciągle ktoś przechodzi, podjeżdża lub wyprowadza psa. Lista rzeczy, których ‘nie wolno’ nie ma końca. Nie wolno grać w piłkę, urządzać pikników, bigać! ani zbierać owoców leśnych (sic!). Mieliśmy podjechać pod osłoną nocy ale nasz misterny plan pokrzyżował leń i ciepłe kapcie.

Nadeszła niedziela. Rzyg za oknem ale wypadałoby wywietrzyć Mniejsze Małe. Jedziemy więc kawałek za Sevenoaks, gdzie ostatnio widzieliśmy chmary bażantów (dodatkowa atrakcja dla wymagających Mniejszych Małych). Mam plecak (jak zawsze). Tym razem są w nim kurtki przeciwdeszczowe, (bo co chwilę leje; dygresja – deszczu mgiełki nie uznaje się za opad); jabłuszka (bo dwa brzuszki lubią uzupełniać zapasy), banany (bo może jabłuszka jednak dzisiaj nie będą smaczne); czipsy bananowe (bo jeśli jabłuszka i banany się skończą…); spodnie na zmianę (bo tata zabłoconej pupy nie wpuści do auta a za daleko, żeby dreptać na tych krótkich nóżkach do domu) i najważniejsza – wiaderko (na potencjalne jesienne skarby).

Swoje jesienne skarby znajduję 20 min po wyjściu z auta. Wiszą sobie wysoko na drzewie obwarowane krzakami jeżyn. Od czegoś trzeba zacząć. Toruję sobie drogę przez kolce i pokrzywy. Pierwsze skarby zebrane. Kolejne kilka drzewek wygląda podobnie. Zbieramy po kilka ledwo dostępnych owoców tarniny. Marzy mi się więcej ale wygląda na to, że ubiegł mnie jakiś inny poszukiwacz skarbów. Wracamy do auta. W wiaderku smętnie obija się kilka owoców tarniny. Gruby idzie po auta, a my korzystamy z chwili i idziemy na drugą stronę ulicy, gdzie prowadzi dalej nasz ‘footpath’…. a tam tarnina!

Mój wewnętrzny zbieracz tańczy z radości. Mniejsze Małe konsumują czipsy z banana a ja wskakuję w gęstwinę pokrzyw i zawzięcie zbieram owoce. Dodam, że tarnina ma kolce, jest koloru węgierki i wielkości jagody. Jest gorzka, ale za to idealnie sprawdza się jako dodatek do alkoholi. Mam w planach o ten gin . Zebrałam ciut ponad 0.5 kg. Woooohoooo!

Wyprawa po wino i gin zamknęła weekend. Było pracowicie i bardzo satysfakcjonująco. Przez kolejne siedem dni będą obkręcać słoik, żeby potem zostawić go w ciemnym miejscu na kolejne 3 miesiące.

One Comment Add yours

  1. Krajanka's avatar Krajanka says:

    Kurcze ile się działo. Prawdziwie jesienne zajęcia. A po tarninę to chyba trzeba do was jechać. Na Kaszubach nie widziałam. 😄

    Liked by 1 person

Leave a reply to Krajanka Cancel reply