
Trwa już czwarty tydzień lock down w Nowej Zelandii. A na jego początku postanowiłam, że wykorzystam ten czas produktywnie i oprócz eksperymentów kulinarnych, nadrobię zaległości w pisaniu. Eksperymenty kulinarne na dziś odhaczone. Zrobiłam focaccie – jedną z ogródkowym rozmarynem, jedną ze szklarniowymi pomidorami. Wyszły palce lizać. Polecam. Przepis o tutaj. Jutro powtórka. Teraz czas zabrać się za pisanie.
Wróćmy do Indonezji. Lądujemy w Denpasar. Na zewnątrz żar. Na lotnisku czeka na nas kierowca, który zawiezie nas do Ubud. W Ubud ma lać przez najbliższe dziesięć dni! Pogoda okazuje się być bardziej łaskawa. Indonezja bombarduje nasze zmysły. Mimo, że mija już drugi miesiąc podróżowania po Azji, dopiero tutaj wszystko wydaje się egzotyczne. Każde miasto na wjeździe wita kierowców kolosalną figurą plontaniny bożków, potworów, smoków i demonów. Mijamy niezliczone galerie, sklepy z rękodziełem, warsztaty z pięknie rzeźbioną stolarką. Są też niezliczone turystyczne kicze. Sklepy sprzedające wyłącznie łapacze snów lub rzeźbione czaszki i rogi bawołów. Ubud to mekka osób, które poszukują spirytualnych doznań, kursów jogi, warsztatów kulinarnych, osób które chcą odnaleźć sens i równowagę w taniej Azji w kadrach filmu Eat Pray Love. W praktyce oznacza to, że kawa w ładnej kawiarni kosztuje więcej niż w Londynie, a restauracja serwująca jedzenie vege, robiąca kursy jedzenia row i warsztaty medytacyjne wystawia rachunek na wielokrotność ceny naszego zakwaterowania. Szukamy tam gdzie jedzą tutejsi. Okazuje się, że sprawdza się tutaj reguła im taniej, tym smaczniej. Najlepiej, żeby było zawinięte w papier pakowny lub liść bananowca.
Bali to wyspa bogów. Jest na niej ponad 20 tysięcy świątyń. Nasz domek w Ubud wygląda jakby był doklejony do jednej z nich. Trzeciego wieczoru, podczas comiesięcznej ceremonii, dołączamy się do rodziny naszych gospodarzy. Siedzimy na trawie i obserwujemy jak bliżsi i dalsi krewni, znajomi oraz sąsiedzi przynoszą podarunki w postaci pożywienia i kwiatów, odpalają kolejne kadzidełka i wznoszą modły. Składanie ofiar tego wieczoru będzie trwało wiele godzin. Najmłodsi od rana składali tacki z liści bananowca, a na nich układali różnobarwne kwiaty. O ich znaczeniu, tradycji ofiarowań i oczyszczania opowiem przy innej okazji.
Rytm dni mieszkańców Bali wyznaczają ceremonie religijne. Codziennie rano, przed każdym domem, sklepem, restauracją, czasem samochodem lub skuterem pojawia się kwiatowy dar z kadzidełkiem. Jest ich na tyle dużo, że chodząc po mieście lub jeżdżąc skuterem po wioskach, ciągle czuję jego woń. Całe Bali przesiąkło jego delikatnym zapachem.
Mamy okazję obserwować przygotowania do Galungan – największego w roku święta, podczas którego wzdłuż ulic pojawiają się wysokie słupy z bambusa udekorowane liśćmi bananowce a ulice zapełniają się tańczącymi procesjami. Tańczy w nich Barong – stwór podobny do pantery, który broni ludzi przed Rangdą demonem porywającym ludzi. Towarzyszą mu gongi, bębny i tłum. Ruch skuterów zamiera. Bogowie na Bali mają pierwszeństwo. Dzieci na ten dzień, przez ostatnie kilka tygodni, budowały wielkie rzeźby z papieru i bambusa. Wszyscy zakładają tradycyjne stroje. Jest pięknie. Najmniejsze Małe podekscytowane pokazują paluszkami kolejnego tańczącego stwora a my parkujemy skuter na poboczu i zafascynowani oglądamy.




















To był inny świat w każdym tego słowa znaczeniu.
LikeLike
Bali jest na mojej liście 🙂 kadzidłem pachnie aż u mnie 🙂
LikeLike