W Sydney jesteśmy ponad tydzień. Na początku miasto nas oczarowało. Jest zielono. Latają papugi kakadu oraz zielone papużki z czerwonymi brzuszkami. W mieście można spotkac wombata i wielkie jaszczurki. Dziewczyny szaleją na specjalnie ocienionych placach zabaw. Plaże są piękne, szerokie i piaszczyste. Woda ma śliczny kolor. Przy plażach, na lubiących BBQ, czekają darmowe miejskie, gazowe grille. Mijamy surferów w każdym wieku. Idylla.
Przed codziennym wejściem w tą idyllę trzeba się jednak dobrze przygotować. Smarujemy wierzgające nóżki, rączki i protestujące buzie grubą warstwą kremu z filtrem. Dziura ozonowa nad Australią straszy długofalowymi konsekwencjami. W nocy szczelnie zamykamy okna aby uniknąć 8-nożnego towarzystwa. Jesteśmy na Coogee Beach. Zaczął się sezon wędrówek żeglarza portugalskiego. Na plaży roi się od małych, chabrowych, nadmuchanych bąbelków, które okazują się być bardzo parzącymi meduzami. Czas przenieść się dalej od wody. Do wody nie wchodzimy, więc temat ataków rekinów możemy pominąć. Zagrożenie dla tych, którzy się jednak zdecydują na kąpiel, jest realne. Szczególnie w godzinach porannych lub wieczornych.

Odkąd tu przylecieliśmy Sydney spowija chmura żółtego dymu. Planując dni, sprawdzamy godzinowy poziom zanieczyszczenia powietrza. W niektóre dni światło przybiera żółty odcień, słońce robi się czerwone, w mieście ciężko się oddycha a powietrze śmierdzi spalenizną. Zapach wdziera się w nocy przez zamknięte okna, otacza nas po wyjściu z klimatyzowanych pomieszczeń, gryzie w gardło. Staramy się go unikać, ale nie zawsze jest to możliwe. Płoną lasy dookoła Sydney. Skala pożarów przeraża. Rano strzepujemy popiół z wózków, które przez noc stoją w ogródku.
Wypożyczyliśmy samochód. Mieliśmy jechać do Blue Mountains. Na granicy parku wybuchają pożary. Zawracamy w połowie drogi. Jedziemy do parku na samej granicy Sydney. Zamiast chodzić po górach oglądamy wyryte w kamieniu rysunki Aborygenów. Przy okazji dowiadujemy się, że zostali oni uznani przez rząd Australii za rasę ludzką dopiero w latach 60tych (XX wieku)! Spotykamy kangura. Patrzy na nas zaciekawiony. Najmłodsza Mała pokazuje na niego paluszkiem i mówi miś.

Do krainy kangurów wrócimy w kwietniu. Ostatni weekend plażujemy na Balmoral Beach. Gramy w siatkówkę, zakopujemy stopy w piasku, śpiewamy piosenki. Repertuar obejmuje wszystko od Wheels On The Bus po Jingle Bells. W tutejszym klimacie bardziej by pasowało Jungle Bells.
Ps. Ugościła nas ekipa, z którą nasze szlaki przecinają od Trójmiasta przez Londyn aż po Australię. Dziękujemy! Jest cudownie! Super się spotkać na końcu świata.




























