Powrót z Nowej Zelandii

Miało być o Sycylii, ale przecież tak długo nie pisałam, że może jednak warto cofnąć się w czasie do maja. Oczy szkliły mi się wyjeżdżając z Nowej Zelandii. Farma była naszym domem przez prawie trzy miesiące. W głowie pełno miłych wspomnień. Brak mi tamtych wieczorów przy winie, gotowania i pieczenia, spacerów po ogrodzie pełnym kwiatów, ćwiczeń na tarasie, chłodnych i słonecznych poranków, słuchania śpiewu ptaków, spacerów po pastwiskach, zbierania jabłek z malutkich jabłonek, oglądania Mniejszych Małych śmiejących się na huśtawce, wieczornych spacerów, które zwykle kończyły się karmieniem psów pasterskich i odkrywania nowych ukrytych ścieżek, zrobionych przez 80cio letnia mamę naszej gospodyni. To była piękna samotnia. Czułam że ukryliśmy się przez szaleństwem pandemii gdzieś na końcu świata, w jego najbardziej odludnym, oddalonym i sennym zakątku. 

W końcu przyszedł dzień, żeby wracać. Po drodze zajeżdżamy do Dunedin. Chcemy zobaczyć kolonię najmniejszych pingwinów. Spotykamy tylko śpiącego, leniwego lwa morskiego.  Timaru wyglada jak ghost town. Pierwszy raz po tak długiej przerwie jestem w mieście. Wszędzie pusto. Nowa Zelandia dopiero za kilka dni zezwoli na swobodniejsze przemieszczanie się osób. Teraz wyjątek stanowią Ci jadący na niezbędne zakupy oraz Ci, którzy jak my, maja w ciagu najbliższych 48 godzin lot repatryjacyjny.  Idziemy na pyszna kawę na wynos, kupujemy opakowanie sushi, oglądamy z zewnątrz muzeum steam punku. Robi mi się raźniej. Na lotnisku pusto. Dziś odlatuje tylko nasz samolot. Lot do Hong Kongu trwa 13 godzin. Tam czeka nas 3 godzinna przerwa na lotnisku, kanapka i powrót do tego samego samolotu. Potem kolejne 13 godzin lotu. Najmniejsza Mała dopiero za dwa tygodnie skończy dwa lata. Przysługuje jej zatem malutkie łóżeczko montowane na rozkładanym stoliku. Mieści się w pozycji embrionalnej lub z nogami sterczacymi na zewnątrz. W Londynie musimy jeszcze wynająć samochód. Gruby łapie się na zniżkę dla ‘Key Workers’, chociaż pracę zacznie dopiero za kilka dni. 

Ruszamy do Burnham-on-Crouch. Naszego domu na nadchodzący miesiąc. Do UK zawitały właśnie upały. Chowamy puchowe kurtki i wyciągamy ubrania, w których ostatnio chodziliśmy w Indonezji. Zamieszkaliśmy w malutkim słodkim domku, z bajkowym ogródkiem, pełnym dzwoneczków, rzeźbionych ptaszków, kolorowych kamyczków i kwiatów które zdążyły rozkwitnąć przed naszym przyjazdem. Ten mini ogródek i kwitnące łąki nad rzeką Crouch działają kojąco.

Zaczyna się kolejny rozdział. 

One Comment Add yours

  1. Krajanka's avatar Krajanka says:

    Z perspektywy połowy października 2020 to inny świat.

    Liked by 2 people

Leave a comment