Medal – Sideman – trasa przez pola ryżowe

Czasem trafiamy do oazy spokoju. Takiej jak nasza obecna farma. Miejsca, gdzie czas zwalnia, skąd nie chce się wyjeżdżać, gdzie powietrza pachnie, oczy odpoczywają a nas ogrania spokój. W Indonezji takim miejscem była dolina Sideman. Przyjechaliśmy tu po pięciu dniach w Ubud, gdzie każdego dnia wskakiwaliśmy na skuter i jeździliśmy po wąskich i krętych drogach w poszukiwaniu przygód, świątyń i wodospadów.

Wstępnie mieliśmy tu zostać na 4 noce. Spędziliśmy tu ponad tydzień rozkoszując się widokiem pól ryżowych, różowych zachodów słońca, ulewami, które przychodziły i odchodziły zanim zdążyłam powiedzieć ‘idzie deszcz’ i nocnym pływaniem w basenie gdzie w kompletnej ciszy oglądałam błyski burzy, która rozświetlała niebo gdzieś daleko na horyzoncie.

Miało być o osiągnięciach małych nóżek (i nie mam na myśli nowo nabytej umiejętności malowania maminych nóg). To medal ze pokonanie 10 kilometrowej pętli doliną rzeki Sideman w dzień, w który upał i palące słońce pierwszy i jedyny raz skłoniły nas do zabrania ze sobą parasoli dających nam odrobinę cienia.

Najmniejsze Małe wskakują na terenowy wózek. Dygresja – dziś wózek spoczywa na cmentarzystku wózków, na lotnisku w Christchurch, gdzie nasz zdecydowanie ulubiony baby jogger summit x3 postanowił już nigdy więcej się nie rozkładać. Linia lotnicza okazała się niezmiernie uczynna i zaproponowała terenowy zamiennik naszego wózka. Dostaliśmy wózek o kołach mniejszych niż babciny, bazarkowy wózek na zakupy i dumnej nazwie Mountain Buggy. Dodam, że po kilku próbach jazdy i jednym spacerze z wózkiem pod pachą spoczął on na dnie bagażnika, gdzie tkwi do tej pory.

Nasza trasa wiedzie wzdłuż asfaltowej ulicy szerokości jednego samochodu. Sporadycznie mija nas skuter. Hotelowe parasole zajmują pół szerokości ulicy. Jeden trzyma Mniejsza Mała. Drugi niesie Gruby. Mijamy dziko rosnący kakaowiec, krowy, których domki stoją tuż przy drodze, rzekę, po której organizowane są spływy white water rafting. Na ulicy namalowane są linie i dystanse. To miejsca startu i mety. Ulica służy jako bieżnia w czasie zajęć WFu w lokalnej szkoły.

Żar leje się z nieba. Na szczęście wchodzimy w cień. Nasza trasa zaczyna się wić pod górę. Na zmianę pchamy wózek. Na szczycie jednego ze wzniesień jest sklep. Rzucamy się na lody. Najmniejsza Mała śpi. Zostawiamy ją w wózku pod sklepem a sami wyciągamy nogi na plastikowych krzesełkach. Mamy widok na zieloną dolinę. Robię milion zdjęć. Potem wracam do konsumpcji drugiego loda.

Trasa prowadzi w górę i w dół. Na niektórych podjazdach pchamy wózek we dwójkę. Pod niektóre podbiegamy. Z górki jest łatwo bo jogger ma ręczny hamulec. Taki jak rower. Inaczej hamując, zdarłabym podeszwy. Mała wioska wygląda jakby była już udekorowana na zbliżające się święto Galugan. Potem dowiemy się, że to jeszcze zeszłoroczne dekaracje.

Końcówka trasy prowadzi przez most linowy. Drewniane belki są nadszarpnięte zębem czasu. Nie patrz w dół. Idź prosto. Buja i kołysze. Po przejściu okazuje się że droga dalej jest zamknięta. Wjazd na most uniemożliwia szlaban. Przenosimy nad nim wózek. Potem wpadamy w świeżutki asfalt remontowanej w tej chwili drogi. Ekipa wsi kibicuje naszej przeprawie. Idę z Mniejszą Małą na rękach, za mną idzie Gruby z wózkiem w górze i Najmniejszą Małą niczym w lektyce. Udało się. Praca nad drugą zostaje wznowiona. Wszyscy wiwatują i machają.

Ps. Na koniec musimy przejść 100 metrów wzdłuż głównej drogi. Ma ona szerokość wąskiej Indonezyjskiej ciężarówki ale jeżdżą nią auta w obydwu kierunkach. Serce mam w gardle. Trasę pokonujemy skokowo, co chwilę wciskając się w przydrożne chaszcze. Uff.

Wracając zatrzymujemy się w naszym ulubionym warungu. Mają tu najlepsze zielone naleśniki ze startym kokosem i cukrem trzcinowym. Mhmmmmm. Popijamy Arak (wino kokosowe). Mhmmmm. Najmniejsze Małe grają zawzięcie na Rindik – instrumencie zrobionym z bambusa, który niezależnie od umiejętności muzykanta wydaje miłe dla ucha dźwięki. Mhmmm

Dystans: 10 km
Czas: 5h
Różnica wysokości: dająca w kość!
Atrakcje: 1x stary most linowy, kury, krowy, dzieci w wiosce, dekoracje Galugan

Poniżej nasza mapa i widoki, za którymi trochę tęsknimy.

Leave a comment