Cofnijmy się do transferu do Ninh Binh. Mieliśmy jechać tu nocnym pociągiem z Hue. W dniu wyjazdu okazuje się, że pociągi w okresie poprzedzającym tutejszy nowy rok (Tet) jadą bezpośrednio do Hanoi, nie zatrzymując się w Ninh Binh. Miły pan z wyszczerbionym uśmiechem proponuje busa. O 17 ma nas zgarnąć spod hotelu. Super. Zdążymy jeszcze pojechać na rowerze do pagody zaraz za miastem. Jeśli przyjedzie, bo nasz bilet to odręcznie nagryzdany kawałek papieru, który wygląda jakby został wyrwany z zeszytu.
Bus przyjeżdża, ale pół godziny wcześniej. Jemy jeszcze obiad, pijemy piwo. Graty są wszędzie. Rzucamy wszystkie ale i tak ekipa w busie musi być cierpliwa 🙂 Okazuje się, że to nie docelowy bus. To przed-bus, który wyrzuca nas 10 min spacerem dalej. Tu czekamy na kolejny środek transportu. Przyjechał autobus z miejscami leżącymi. Z zewnątrz wygląda jakby był obwieszony światełkami choinkowymi. W nocy te światełka świecą w oczy na niebiesko i różowo.
Wchodząc do autobusu trzeba ściągnąć buty. Kierowca każdemu daje worek do którego należy je schować. Miejscówek nie ma. Kto pierwszy ten lepszy. Autobus ma trzy szeregi siedzeń. W każdym są piętrowe kuszetki. To jakby położony fotel dentystyczny; bez podwyższenia; z drabinką, po której można iść na wyższy poziom; schowek na mały plecak; kocyk i poduszka bardzo wielorazowego użytku. Mamy dwa miejsca. Dziewczyny muszą spać z nami. Jedynym sposobem na to, żeby siedziały to spętać im nogi i zapalikować. Więc biegają między moim, taty i środkowym siedzeniem. Raz po raz wywołując atak paniki kiedy autobus ciśnie po hamulcach lub trąbi na wyprzedzane na trzeciego samochody. Pokojo (ulubiona ostatnio bajka Mniejszej Małej jest w stanie zahipnotyzować tylko jedną dziewczynkę).
Po kilku godzinach jazdy zatrzymujemy się na przerwę jedzonkowo – kibelkową. Kible to dziura z ziemi. Dosłownie. Ściany się walą. Sufity pękają. Trzeba szybciutko. Zamawiamy kurczaka, żeby mniejsze coś zjadły. Kiedy przychodzi, gruby dziękuje. Dziś na kolację będzie mleko i jogurt. Dla nas piwo, żeby sobie humory poprawić. Włosi jadący z nami busem ustępują nam miejsca, przenoszą się poziom wyżej. Ostatni rząd siedzeń to 3 fotele połączone ze sobą, tworząc tym samym wielkie łóżko. Przenoszę się tam z Mniejszymi Małymi. Wiercą się całą drogę, trochę śpią, trochę śpiewają. Ale już nie biegają.
O 5 rano dojeżdżamy na miejsce. Jadąc busem rezerwujemy sobie domek blisko Tam Coc. Na miejscu, czeka już na nas domek (mimo, że doba zaczyna się nam dopiero po południu) na dodatek dostajemy upgrade czyli jedno łóżko gratis. Idziemy spać. Ale miły start. Potem jest tylko lepiej i lepiej …
Podróż nie do powtórzenia. Lokalna odpowiedž na lukę w łańcuchu transportowym. I słowo droższe pieniędzy. Jak u Pawlaka z Samych Swoich. 😊
LikeLiked by 1 person