Smaki Malezji

Dobiega końca nasz trzy tygodniowy pobyt w Malezji. Ujęła nas gościnność mieszkańców Langkawi. Większość mijanych osób witała dziewczynki. Machali do nich z ogródków i domów, ‘hello’ wołały osoby mijające nas na skuterach, zagadywali nieznajomi w sklepach i przydrożnych knajpkach. Młodsza i Najmłodsza Mała dostały ciastka, owoce i zabawki i przede wszystkim niezliczoną ilość uśmiechów.

Ringgit w przeliczeniu do złotówki to prawie jeden do jednego. Łatwo odnieść się do lokalnych cen. Pośrodku wyspy kupujemy lunch dla 5 osób za odpowiednik 2 złotych. Zajadamy się smażonymi bananami, ostrymi zupami tom yum, nudlami pod każdą postacią, sajgonkami, wypiekami na słodko z pikantnym, rybnym wnętrzem, sałatką z mango, która pali język i wywołuje czkawkę u grubego i łzy w moim lewym oku (czemu tylko lewym?!), jemy kokosy pod każdą postacią. Jemy, jeeemy jemyyy. Nocne markety kuszą kolorami owoców, gryzą w oczy dymem z grilla, odurzają zapachem suszonej, smażonej w głębokim oleju ryby. Jemy pieczone kurczaki w orzechowym sosie z chilli, cienkie naleśniki z wołowiną i warzywami i inne pychotki. Malezja rozpieszcza nas kulinarnie. To kraj muzułmański. Na marketach nie ma alkoholu. Nie ma go też w ulicznych knajpach. Świeże soki z arbuza, ananasa lub mango gaszą pragnienie, chociaż trzeba je pić szybko bo Młodsza i Najmłodsza Mała wypijają je z jeszcze większym apetytem niż dorośli.

Zamawiamy pierś z kurczaka dla dziewczyn. Dostajemy skrzydełka. Z całą masą mięsa. Kurczak z reguły trafia na nasz talerz posiekany. Do dania wpada wszystko – kości, skóra, chrząstki. Jemy, obryzamy, plujemy. Jemy palcami, pałeczkami, łyżką i widelcem. Noży nikt tu nie używa (z drobnym wyjątkiem siekania kurczaka).

Mała gastronomia żyje na ulicy. Surowy kurczak leży w misce na podłodze. Przed naszymi oczami, na jednym palniku powstają w ciągu 3 minut pełne smaku dania. Restauracje pojawiają się w godzinach lunchowych oraz po wieczornej modlitwie, której śpiew niesie się trzy razy dziennie po wyspie. Pod dachem z blachodachówki stoją plastikowe stoliki. Gotują kobiety w hidżabach. Pot leje mi się po kostkach. Im musi być jeszcze cieplej. W kącie mała umywalka. Nie ma tu drzwi ani ścian. Kiedy kończy się pora jedzenia, to miejsce znika. Zostaje dach na metalowych prętach. Kolejnego dnia restauracja znowu ożyje.

One Comment Add yours

  1. Krajanka's avatar Krajanka says:

    Tego nie da się czytać przed jedzeniem. Jej jak smacznie i kolorowo. BIEGIEM DO LODÓWKIIII

    Liked by 1 person

Leave a comment