
Na Langkawi zaczyna się sezon turystyczny, oglądamy z balkonu jak na horyzoncie błyska i mruczy burza. Ostatki sezonu monsunowego uderzają w kontynent i omijają wyspę.
Zatrzymujemy się w małym domku przy szkółce bokserskiej. Z trenerem umawiamy się na kolejny dzień. Boksujemy, kopiemy, uczymy się uników. Po półtorej godziny treningu czuję się jakbym wskoczyła do wanny z gorącą wodą. Było świetnie. Niedaleko od szkółki jest wodospad. Nad wodospadem biegają małpy. Wracając zachodzimy do farmy zobaczyć jak rosną lokalne owoce. Niestety to nie sezon na duriany ale oglądamy ogromne Jack Fruits (chlebowce), winter melons, ananasy, orzeszki cashew i wiele innych. Młodsza Mała karmi sumy, my zajadamy się żółtym arbuzem. Jedziemy też zobaczyć karmienie krokodyli w lokalnej farmie. Młodszej Małej podobają się małe krokodyle. Na mnie największe wrażenie robi ociężały ponad 4 metrowy olbrzym.
Sezon plażowy w pełni. Kremy z filtrem 50 schodzą równie szybko co zgrzewki wody a i tak Młodsza Mała co drugi dzień wygląda jak raczek. Najmłodsza Mała nabiera złocistego koloru. Woda w morzu Andamańskim jest gorąca, można w nim siedzieć cały dzień i nie czuć chłodu. Z wody wyganiają nas meduzy. Ukłucie tych małych, niewidocznych dla oka paskud można porównać do oparzenia pokrzywą. Niby nie boli ale odbiera frajdę z zabawy w wodzie. Są też większe meduzy. Kontakt z nią jest bardziej bolesny. Nauczeni doświadczeniem wiemy już, że lokalnym sposobem na poparzenia to wtarcie w skórę miąższu z banana a po starciu go, posmarowanie skóry sokiem z limonki. Przykładanie lodu lub przemywanie poparzonej skóry świeżą wodą pogorszy ból.
Wypożyczamy skuter. Na jedną z przejażdżek zabieramy Młodszą Małą. Przytula Tatę. Cieszy się. Stara się machać do wszystkich mijanych osób. To dla nas test przed wyjazdem do Wietnamu. Jeśli jeszcze uda nam się wcisnąć Najmniejszą Małą to znaleźliśmy dla siebie nowy środek transportu.
W sklepach niby pełno, ale nie tego czego szukamy. Owoców brak, po najbliższe trzeba jechać rowerem lub skuterem. Z warzyw jest jedynie cebula, czosnek, imbir i chilli. W niektórych sklepach są ziemniaki. Odkrywamy nowe smaki lodów. Najtańsze lody na patyku to lody kokosowe z kawałkami świeżego kokosa. Coś wspaniałego. Zaskakująco dobre są też lody o smaku kulurydzy. Mają w sobie całe ziarna kukurydzy. Na straganie, przy którym czasem kupujemy zupę (w siatce) w koszyku z deserami są worki z płynem z ziarnami kukurydzy. Kukurydza tutaj to dodatek do dań na słodko. Ale to tyle o jedzeniu bo ono zasługuje na swój własny wpis!
Wczoraj była Wigilia. Dziś pierwszy dzień świąt. Klimatu świątecznegow tym roku nie poczułam. Przed listopadowym wylotem byliśmy zbyt zajęci pakowaniem, żeby skoczyć do dopiero co otwartego winter wonderland. W Australii dziewczyny pomagały ubierać choinkę. W Singapurze dokarcje świąteczne były piękne, ale w 30 stopniowym upale Mikołaj ubrany w płaszcz i czapkę wydawał się nie na miejscu. W Malezji o światach nikt nie mówi, w sklepach nie ma świątecznie obrandowanych produktów. Chyba tak lepiej. Prezenty (w siatkach) wieszamy na palmie. Mikołaj przynosi nam ubranka w stylu hippie, spodnie dla dziewczyn i taty i sukienkę dla mamy.
Pisząc to siedzę na hamaku rozwieszonym pomiędzy dwoma palmami. Jest błogo. Młodsza i Najmłodsza Mała bawią się z Tatą. Dostałam lody z owocami. Chwila świątecznego relaksu.















Niby tak luz a tyle się dzieje.
LikeLike