Londyn – Pekin – Sydney

Dzień wylotu – grafik nie ma marginesu błędu. Pobudka 7.30. 8.30 wpada ekipa sprzątająca. 13.30 landlord ogląda mieszkanie, 14.15 kurier odbiera wszystkie nasz pudła. 14.30 oddajemy klucze. Żegnamy domek z piernika. Spędziliśmy tu ostatnie 3 lata. W międzyczasie nasza dwójka stała się czwórką. Wspomnień tyle, że łezka mi się kreci nawet teraz, kiedy to pisze. Czas na nowa przygodę! 

Trzy, dwa, jeden start! Pierwszy przystanek – Pekin. Mamy tu 11-godzinny transfer. Lot z dziewczynami był łatwiejszy niż się spodziewałam. Jedzonko, misie pandy od linii lotniczych, ekran pokazujący trasę naszego lotu, kable słuchawek, poduszki i pod koniec paw patrol, zapewniły wystarczająco dużo atrakcji, żeby zająć małe rączki. 

Próbując wyjść z lotniska w Pekinie staliśmy w każdej możliwiej kolejce, wypełniliśmy każdy możliwy dokument wizowy (każdy 4x). Po 2.5 godzinie krążenia, naprzemiennego śmiania się i przeklinania, w końcu wsiadamy do autobusy który ma nas zawieźć do hotelu. Według mapy hotel jest przy samam lotnisku. Jedziemy 30 min. Nastawiam budzik. Na lotnisku mamy być już za cztery godziny. Dziewczyny śpią. Rodzice śpią. Chwila spokoju przed kolejnym 10-godzinnym lotem. Prysznic i szybka zmiana ubrań, banan na śniadanie. Wracamy na lotnisko.  

Pekin fascynuje ilością zakazów, nakazów i ostrzeżeń oraz swoim rozmachem. Hotel to wielkie puste gmaszysko, przesiąknięte dymem papierosów (pomimo licznych zakazów palenia). Plączemy się po pustych korytarzach, aż docieramy do naszego pokoju. Jest cicho i przytłaczająco. Śmierdzi stęchlizną. Pod prysznicem wisi plakietka opisująca czego nie wolno robić. Łamię jeden z przepisów i wchodzę pod prysznic w jednorazowych kapciach. 

Ps. Zostały nam 3 pieluszki. Na lotnisku w Pekinie są butiki Prady i Gucci. Pieluch niestety brak…  Są za to genialne wózki – samochodziki, w których młode zjechały terminal wzdłuż i wszerz (w poszukiwaniu pieluch!). Teraz proszę nie sikać aż do Sydney!